sobota, 23 stycznia 2016

47. Ciemność

Czasem zastanawiam się jak to wszystko wyglądało by gdyby mnie nie było. W końcu moje życie i tak wykończy mnie bez żadnego ostrzeżenia, przyjdzie, skrzywdzi i kolejny raz pozostawiając samą z sobą, po czasie zabierze. Ile to już razy płakałam, krzyczałam, nie wierzyłam w nic co dawałoby mi szczęście ? Ile razy byłam już bliska końca ?
No właśnie.
Leżę bezwładnie na łóżku, twarzą zwrócona do okna i bez celu ściskam w ręku skrawek pościeli, na której właśnie leżę. Nie płaczę. Nie mam siły. Kto by pomyślał, że wieści o ojcu tak bardzo mnie zniszczą. A czekaj...to ja. Wzdycham zmęczona i siadam na materacu odganiając włosy z twarzy. Mój wzrok chwilę potem ponownie wędruję w kierunku śniadania pozostawionego przez Olivię. Talerz z kanapkami stoi na komodzie przede mną, a już ich sam zapach wzmaga we mnie odruchy wymiotne.
Przez chwilę mam ochotę zadzwonić do Nate’a, ale kiedy już mam wybrać kontakt, wycofuje się. Zamiast tego zbieram sportowy strój i ruszam do łazienki.

******
Duszący  ból klatki piersiowej sprawia, że już prawie nie mogę wziąść wdechu, mięśnie krzyczą od nadmiaru wysiłku, kolejna strużka potu ścieka po mojej skroni, kiedy zaczynam coraz szybciej biec. Nie chcę myśleć, nie chcę już więcej czuć ! Wszystko co dotąd kłębiło się w mojej głowie znów ulatnia się z zawrotną prędkością. Ból przejmuję kontrolę nad wszystkim co robię, nie mogę skupić myśli na czymś innym...i o to właśnie chodziło. Prawie, że sprintem przebiegam kolejna ulicę restauracji i kieruję się w kierunku Tower Bridge. Delikatny powiew wiatru bijący od Tamizy opatula moją twarz, kiedy biegnę blisko wody. Skręcam w kolejną ulicę bogatych budynków nagle czując palący ból w prawej łydce. Ignoruję ten fakt i jeszcze szybciej pokonuję odległość dzielącą mnie od wyznaczonego celu. Zerkam na zegarek, którego wskazówki pokazują dopiero siódmą trzydzieści. Biegnę już od półtora godziny, a na myśl o powrocie do domu znów czuję ten znajomy ucisk w żołądku. Nie chcę tam wracać, jeszcze nie.
Słońce oświetla delikatnie każdą część miasta, mam wrażenie, że temperatura w jednej chwili wzrosła o jakieś dziesięć stopni. W uszach mi szumi, ból w łydce pali moją skórę.  Łzy powoli opatulają moje oczy, jednak nie zatrzymuję się. Teraz nie.
Zaledwie dwie godziny snu przerywane co po chwila kolejnym koszmarem zmusiły mnie do tego co teraz robię. Muszę się w końcu uwolnić, kolejny raz zapomnieć.
Komórka znów wibruję mi w kieszeni,a ja ponownie udaję, że tego nie czuję. Niezależnie kto ma teraz do mnie jakąkolwiek sprawę, musi poczekać.  
Nagle obraz przed oczami robi się całkowicie ciemny, ból w łydce staję się nie do wytrzymania, upadam. Czuję jak moja skóra rozdziera się pod wpływem betonowego chodnika, nie mogę wziąść wdechu. Zupełnie tracę kontakt ze światem.
Harry

-Louis pozwól na chwilę !
W drzwiach studia zaraz potem pojawia się postać przyjaciela. Siada obok mnie i zerka to na mnie to na laptopa.
-Tylko mi nie mów, że kupiłeś kolejny komputer- wzdycha- Hazza mamy już pięć !
-Nie, nie o to chodzi- śmieje się- Chyba coś znalazłem
Pokazuję mu ekran laptopa, przesuwając go na kolana Tomlinsona
Jego źrenice rozszerzają się, kiedy czyta tekst przedstawiony przed nim
-Ale...jak tyś to znalazł ?!
-Nieważne- wzdycham- Z tego wnika, że ten gość, który podaję się za ojca Emilly pracuję w Nowym Yorku i jest szefem wytwórni……...Syco Music.
-To niemożliwe ! Przecież Cowell….
-..ma wspólnika- kończę za niego
-Cholera jasna !
-Reszta informacji się zgadza. Urodzony w Londynie, na stałe zamieszkały w Nowym Yorku. Nigdy nie karany, jest czysty. Nawet choćbym chciał nie znajdę nic na tego faceta.
Louis przeczesuję włosy i wzdycha.
-I co mam jej teraz powiedzieć ?! Twój ojciec jest bogatym dupkiem, który dorobił się fortuny niszcząc ci życie ?!
Poza tym, co z matką ?
-Nie żyje od trzech lat. Wypadek samochodowy.
Brunet wstaje i zaczyna chodzić w tą i z powrotem.
-I co teraz zrobimy ?
-Może pozwól jej o tym zapomnieć
-Ten facet nie odpuści. Widziałem desperacje w jego oczach, kiedy Em nie chciała przyjąć od niego tego cholernego numeru.
-Słuchaj, jutro wyjeżdżamy. Daj jej czas na oswojenie się z tym wszystkim.
-Może masz rację- wzdycha
Naszą rozmowę przerywa wołający nas krzyk z korytarza. Zamykam laptopa i klepie Lou po ramieniu.
-Będzie dobrze stary. Teraz chodź, nagramy tą ostatnią ścieżkę

Emilly

Moją twarz w jednej chwili oblewa fala wody.  Wzdrygam się otwierając oczy i ocierając twarz. Z trudem łapie powietrze.  
-Tylko spokojnie- odzywa się głos obok
Przechylam głowę i lekko podnoszę się na łokciu. Z rany na ramieniu cieknie mi krew, całe ręce mam w zadrapaniach.
-Kim jesteś do cholery ?!
-Nazywam się James. -przedstawia się
Widząc moje nieporadne próby wstania zrywa się i pomaga mi przejść na ławkę. Ból w łydce stał się jeszcze gorszy. Te kilka kroków pokonuję kulejąc.
Opadam na oparcie ławki. Płuca pieką mnie przy każdym wdechu, rwący ból ramienia nie pozwala ruszyć ręką. Nieźle się załatwiłam, nie ma co.
Dopiero po chwili ponownie wracam do rzeczywistości. James siedzi obok mnie i przygląda niepewnie. Jego długie, kruczo czarne włosy związane ma w mały kucyk na tyle głowy. Jego lekko opalona karnacja sprawia, że czy tego chce czy nie, nie jestem w stanie oderwać od niego wzroku.
-Wszystko w porządku ?- pyta po chwili
-Tak, tak- odpowiadam nerwowo - Po prostu ja. ...trochę zakręciło mi się w głowie
-Jesteś odwodniona- wzdycha- do tego ta kontuzja…
-Zwolnij trochę - przerywam mu- Skąd to wiesz ?
Chłopak zaczyna się śmiać
-Jestem studentem medycyny- tłumaczy- Sucha skóra - odwodnienie, kuśtykanie na prawą stopę - zerwanie mięśnia w łydce
-Mogłam przecież tylko skręcić kostkę - bronie się,  znów spotykając się z jego uśmiechem.
-Gdybyś miała tylko skręconą kostkę,  mogłabyś chociaż na chwilę oprzeć na niej  ciężar
-Wow, niezły jesteś - śmieje się - Jestem Emilly
Ściska moją dłoń i znów wraca do pozycji wyjściowej.
Dotykam zranionego ramienia i syczę kiedy moje palce zbyt mocno dotykają rany.
-To nie wygląda dobrze - stwierdza James - Nieźle się po turbowałaś
-Co ty mi powiesz ?- drwię- Długo tam leżałam ?
-Nie mam pojęcia. Kiedy cię znałem już byłaś nieprzytomna. Jadłaś coś dzisiaj ?
-Nie, mam trochę problemów i chciałam trochę. ...zapomnieć.
-Gdyby nie ja mogłaś zrobić sobie coś znacznie gorszego niż te zadrapania
-Nie zapominaj o łydce - śmieję się
Chłopak dołącza do mnie i przeczesuje włosy. To samo robi Harry gdy jest zdenerwowany. Czy wszyscy faceci tak mają ?!
-No nic będę się już zbierać- mówię po chwili
Wstaję ponownie słysząc znajomy szum w uszach, łydka jakby na złość zaczyna dwa razy mocniej palić moją skórę, znów jest mi słabo. W ostatniej chwili łapią mnie ratujące ramiona James’a. Nasze spojrzenia się spotykają, kiedy tkwimy tak w bezruchu przez następne sekundy.  Toń jego niebieskiego spojrzenia świdruję mnie na wylot. Moje serce w jednej chwili przestaje bić. W końcu ponownie próbuje stanąć o własnych siłach. Wciąż trzymają mnie umięśnione ramiona chłopaka.
-Chyba muszę ci pomóc - śmieje się -zawiozę cię do szpitala
- Co ? Nie ! Ja nie mogę jechać do szpitala !
Jutro mam bardzo ważny wyjazd, Lou…
-Jaki Lou ?
-Mój chłopak - wzdycham spoglądając na pierścionek- To znaczy, narzeczony- poprawiam już całkowicie czerwona
-W takim razie gratuluję - mówi biorąc mnie na ręce
-Uwierz mi, w mojej sytuacji nie ma czego gratulować.
-Jest aż tak bardzo zły ?
-Kto ?
-No ten twój Louis
-Nie ! Nie, no co ty ! Nie o to mi chodziło - śmieje się
-W taki razie o co ?
Otwiera drzwi samochodu i delikatnie opuszcza mnie na siedzenie pasażera po chwili klękając przede mną z apteczką w ręku.
-To długa historia
- Mam czas- uśmiecha się
-Znam cię od jakiś 15 minut. Nie wiem czy to dobry pomysł  
Oczyszcza moje rany i owija bandaż wokół mojego ramienia. Podobnie robi z nogą. To chore ile razy już ktoś mnie ratował. Co jest ze mną nie tak ?!
-Musisz na nią strasznie uważać, no i przez następny tydzień zupełnie jej nie obciążać.
-Czyli co ? Kule ?
-Niestety
Wzdycham zrezygnowana. Już widzę jak zwiedzamy Nowy York. Z kulami przez świat. Cholera jasna !
-Na tylnym siedzeniu znajdziesz wodę. Wypij. Jesteś stanowczo zbyt odwodniona.
Wykonuję jego instrukcję i wypijam ponad połowę litrowej zawartości butelki. To nie był dobry pomysł żeby nie zabierać ze sobą wody. Przecieram ręką mokre usta i odkładam butelkę na miejsce.
-Gotowe- stwierdza wstając.- Powiedz mi tylko gdzie cię odowieźć. No chyba, że…..
-Żadnego szpitala !
Chłopak zaczyna się śmiać. Okrąża samochód dookoła o siada na miejscu kierowcy.
Zamykam drzwi i przypinam pas. Czemu zawsze to ja muszę coś sobie zrobić ?!
-Jest mi tak strasznie głupio. - wzdycham- Dziękuję ci za to wszystko
-Daj spokój - prycha- To gdzie cię zawieźć ?
Pokazuję mu adres wyświetlony na ekranie telefonu i uśmiecham się
-Tam  będzie w porządku
Znów oboje zaczynamy się śmiać, kiedy samochód właśnie włącza się do ruchu.

Parkujemy pod domem jakieś pół godziny później. James pomaga mi dojść do drzwi, wciąż podtrzymując mnie za ramię.
-Jeszcze raz bardzo cię dziękuję -mówię kiedy już oboje stoimy przed drzwiami.
-Nie ma sprawy. To jest mój numer- podaje mi wizytówkę - Wiesz, gdybyś przez przypadek znów coś sobie zrobiła - śmieję się
-Dziękuję - uśmiecham się - Zadzwonię.
-Miło było Cię poznać Emilly
-Ciebie też James. Jeszcze raz dziękuję.
-Naprawdę nie ma sprawy. Uważaj na siebie.
-Ty też
Nagle drzwi otwierają się na oścież, a w ich futrynie odnajduję Louisa. W pierwszej chwili mam wrażenie, że zaraz rzuci się na chłopaka.
-Możesz mi wyjaśnić co tu się właściwie dzieje ?!- jego głos budzi u mnie ciarki
Jeszcze tylko tego było mi trzeba. Szykuje się kolejna awantura. Mam już dość. 
-Przepraszam Cię - zwracam się do James’a
Uśmiecha się lekko i odchodzi, już po chwili opuszczając podjazd. Minutę później nie ma po nim żadnego śladu.
-Więc ?
Jego wzrok znów stał się taki dziki. Stoi przede mną z rękami skrzyżowanymi na piersi i wpatruję we mnie tymi swoimi płonącymi źrenicami.
Przestaje być spokojna. Tracę nad sobą kontrolę. Zbyt wiele problemów znów spada jedynie na mnie.
-Widzę, że znów bardziej przejmuję cię twoja pieprzona zazdrość niż to, że prawie dzisiaj zginęłam !

Kochani !!!!!!
Wróciłam i to nawet z nowym rozdziałem :D
Przepraszam was, że tak długo czekaliscie na ten rozdział, ale tak jak wcześniej wspominałam całkowicie zgubiłam pomysł na ten rozdział  :(
Jak wrażenia ?  Mam nadzieję, że rozdział przypadł wam do gustu :)

Wszystkiego dobrego misie :* :* :*






1 komentarz:

  1. Rozdział mega wspaniały :D Biedna Em :/ Louis zazdrość jest spoko, ale bez przesady :P Jej ojciec to szef wytwórni chłopaków?? :o Wow, nieźle ;) Jestem bardzo ciekawa co dalej? :3 Czekam z niecierpliwością na next'a :* Błagam dodawaj szybko, uwielbiam <33333 <333 Dużo weny, buziaczki kochana :* <3333 <333333

    OdpowiedzUsuń